• dedykacja B. Polcha<br>dla M.Parowskiego<br>z 1982 roku
    dedykacja B. Polcha
    dla M.Parowskiego
    z 1982 roku

Avangarda - lipiec 2009


Konwent Avangarda – 4 lipca 2009, godz. 13:50, Warszawa
Spotkanie z twórcami Funky Kovala:
Maciejem Parowskim, Bogusławem Polchem
i Jackiem Rodkiem.


W oczekiwaniu na przybycie Macieja Parowskiego, po luźnych rozmowach o gastroskopii, serialach i innych z niczym niezwiązanych tematach, Bogusław Polch przejął pałeczkę i rozpoczął właściwe spotkanie:

Bogusław Polch – Proponuję, żebyście się zadeklarowali, czy zależy wam na czwartym Kovalu, czy nie.

Głos z Sali – Zależy nam, żeby wreszcie powstał.

B.P. – Aaaaa, dobre, ale bardzo konkretne. Jacek, przy świadkach teraz, kiedy będzie nowy Koval?

Jacek Rodek – To nie jest taka prosta sprawa, jak się wszystkim wydaje: siąść i napisać. Co można napisać? Dzisiaj można napisać tylko kontynuację… Powiem inaczej. Jak myśmy tworzyli Funky Kovala, to miał miejsce splot różnych okoliczności. Była pewna presja w redakcji. Trzeba było do kolejnego numeru dostarczyć odcinek. Teraz tego nie ma. Wtedy była także pewna ogólna sytuacja społeczno-polityczna, w której my się nienajlepiej czuliśmy. W związku z tym było pole do refleksji i przemyśleń. Dzisiaj jest inaczej. (wchodzi Maciej Parowski) Dzisiaj, przynajmniej ja, nie czuję takiej presji, i takiej atmosfery, która by mnie skłaniała do tego, żeby siąść i pisać. My już w sumie z Maćkiem dwa lata temu, podjęliśmy pewne próby. Napisaliśmy pewne wersje, drafty pierwszych kilkunastu plansz, ale potem to się rozmyło. To było nasze drugie, albo nawet trzecie podejście do tematu. To jest właśnie główna przyczyna, przynajmniej u mnie w tej chwili. Jeśli wcześniej miałem pewną ochotę i zacięcie do pisania, to nie było reakcji z drugiej strony. Nie było także wydawcy.

Maciej Parowski - Byli wydawcy, tylko chcieli cenzurować komiks na bieżąco, plansza po planszy.

B.P. – Na etapie scenariusza cenzurować to raz, a potem jeszcze na etapie rysunków to dwa, i zatwierdzać czy plansze są dobrze narysowane, i czy mu się podobają czy nie.

J.R. – Jak musi płacić, to chce wymagać, czyż nie?

B.P. – To jest nie do przyjęcia.

M.P. – Tak jak powiedział Jacek, nie ma teraz takiego ciśnienia, nawet ciśnienia politycznego. Dodatkowo trzeba by mieć bardzo dobry pomysł, żeby zrobić kontynuację z dobrym biglem. Mamy już dawno wymyślony bardzo dobry tytuł „Wrogie przejęcie”. On może być wieloznaczny. Może być przejęcie instytucji, i jeszcze dwóch rzeczy, ale tego nie powiem, żeby nie spalić tematu.

B.P. – Lepiej nie.

M.P. – Obecna sytuacja jest taka, że Jacek jest dyrektorem własnego wydawnictwa. Ja zasuwam w m.in. w Fantastyce i piszę powieść, jestem w połowie „Burzy”, którą muszę skończyć. Bogusia dopadła reklama.

J.R. – Dla sprostowania, ja nie jestem dyrektorem, tylko właścicielem.

M.P. – To jeszcze gorzej (śmiech). W każdym razie my z Jackiem potrafiliśmy poświęcić kiedyś cały wieczór na napisanie odcinka, a potem drugie tyle na zmiany tego odcinka. To było tego warte i to były najlepsze godziny lat osiemdziesiątych. To było przyjemne. A teraz nas przeraża to, co już zrobiliśmy. Jacku, czy dobrze mówię? Czujecie to ciśnienie, że tego co zostało dobrze zrobione, to nie można teraz spie*yć?


J.R. – Tak, ale była jeszcze jedna okoliczność. My wtedy pracowaliśmy w jednym miejscu, i relacje oraz komunikacja były zupełnie inne. Dzisiaj pomimo, że żyjemy w dobie Internetu i telefonów komórkowych, to my z Maćkiem rzadko się widujemy. Nie dlatego, że nie możemy, tylko dlatego, że On żyje swoim życiem, a ja żyję swoim życiem. Bogusław żyje swoim życiem i zajęty jest swoją pracą. Nie mamy stałego kontaktu.

M.P. – Jacek nie miał wtedy dzieci. Ja nie miałem wnuczki. Nikt z nas nie miał wtedy działki.

J.R. – Ja do dziś nie mam.

B.P. – Ja miałem.

M.P. – No i nie ukrywajmy tego, jesteśmy starsi panowie…

J.R. - …trzej! (śmiech)

M.P. – Jak skończę powieść, to zrobimy Funky’ego.

B.P. – Kiedy spodziewasz się skończyć powieść?

M.P. – Ona ma się ukazać albo we wrześniu, albo 6 października, kiedy była ostatnia bitwa kampanii wrześniowej.

B.P. – To kończ Waść.

Głos z Sali – Panowie, mam pytanie o pogłoski o Funkym i Hollywood. To jest tylko fakt medialny, czy pewna informacja?

B.P. – Fakt faktyczny, tylko rozciągnięty bardzo w czasie, ponieważ nastąpiła tzw. sprzedaż opcji, a nie konkretna rozmowa na temat wykonania filmu. Ktoś kto nabył to prawo, pisze już trzeci draft scenariusza. Ostatniego maila miałem od niego w połowie maja 2009, i w tym mailu zapowiedział, że zmienił współpracownika na bardziej dynamicznego, i spodziewa się w ciągu kilku tygodni, zakończenia tego draftu. Tak naprawdę to jeszcze nie minął rok od zawarcia tej umowy, a oni mają wykupione prawo na pięć lat. Przez ten czas ma znaleźć producenta i sponsorów, i w ciągu tych pięciu lat ma zapaść decyzja finalna. Gdyby to się nie udało, to byłby dla nas największy dramat i określona przykrość, ponieważ byłby to ewenement gdyby nam się udało skonsumować tę formę. Ja ufam temu człowiekowi o tyle, że przedstawił się jako największy fan Funky Kovala. To jest Amerykanin węgierskiego pochodzenia. On czytał komiks w dzieciństwie po węgiersku w Galaktice, zakochał się w nim i wymarzył sobie zrobić film w wersji aktorskiej. Rok trwały negocjacje. Umowę podpisaliśmy z Maćkiem, bo Jacek nie przyjechał na spotkanie. Okazało się też, że Amerykanie nie chcieli kupić praw do scenariusza. Oni chcą zrobić widowisko i kupili prawa do Komiksu, żeby na tej podstawie zrobić film.

M.P. – a w komiksie jest scenariusz…

B.P. – Ja mam nadzieję, że człowiek który kocha Kovala, nie pozwoli go zepsuć. Może jestem naiwny, ale mam taką nadzieję.

J.R. – Bardzo naiwny. Mogę podać przykład. Był taki reżyser i jest taka książka, niejakiego Andrzeja Sapkowskiego „Wiedźmin”. Producent też był wielkim miłośnikiem Wiedźmina. Byłem u Rywina jeszcze na etapie produkcji filmu, ponieważ my (Wydawnictwo MAG) wydawaliśmy grę „Wiedźmin”, i stąd miała miejsce nasza współpraca. Byli uprzejmi mi zaprezentować jeden mały fragmencik. Jak zobaczyłem ten mały fragmencik, to już wiedziałem, że to będzie taki film, jaki był.

M.P. – Poczekaj, ale jak byłem w Łodzi z Sapkowskim, to nam też pokazali ten mały fragmencik. Chodzi konkretnie o Renfri na rynku…

J.R. – …a mnie pokazali ten ze smokiem…

(ogólny śmiech)

M.P. – …poczekajcie. My popatrzyliśmy na to z Andrzejem i stwierdziliśmy, że nie jest wcale tak źle. Wiecie co Wam powiem? Znieślibyśmy tego smoka, ale wadą scenariusza było to, że scenarzysta powiedział, że on to jeszcze lepiej wymyśli niż Sapkowski. On tam pododawał swoje wątki. Dorobił jakiś dosłownie nieistotny wątek seksualny. To nikogo nie fascynowało i nikomu nie było potrzebne. Wszystko zrobił tak, żeby było widać, że to jest ręka Szczerbica, który rywalizował z Sapkowskim. Sapkowski próbował im mówić, że pewne rzeczy są nie tak jak być powinny, ale usłyszał, że "my się znamy lepiej niż pan". Natomiast potem, jak zobaczyli że to jest kupa, to scenarzysta wycofał nazwisko, a w telewizji nakręcili program, w którym Pani Rotenberg, Pan Czeczot i Pan Głowacki udowadniali, że to jest złe, ponieważ musiało być złe, gdyż ta proza jest niedobra. A czemu jest niedobra? Ponieważ na jej podstawie powstał niedobry film. Natomiast my wiemy, że podczas pracy przy filmie, kostiumolodzy pracowali z otwartym, podartym komiksem przed nosem. Wytrzymalibyście tego smoka, gdyby film był zbudowany jak dobra, magiczna historia, i gdyby trzymali się opowieści Sapkowskiego.

GzS – Ale odeszliśmy od Funky’ego, czy Panowie macie jakiś wpływ na kształt filmu, na scenariusz?

B.P. – Ależ absolutnie my tu niewiele możemy zrobić.

GzS – Dzięki Hollywood jest szansa, że Funky zaistnieje w świadomości światowego odbiorcy.

J.R. – Ale to zależy od tego, jaki będzie budżet.

M.P. – I od scenariusza.

J.R. – Scenariusz swoją drogą, a budżet swoją drogą, szczególnie tu gdzie potrzebne są efekty specjalne.

M.P. – Jest jeszcze jedna sprawa. Ja mam wrażenie, że dla kina komiksy są nieprzebraną skarbnicą chwytów i pomysłów wizualnych. Ja czytałem komiks Danikenowski Bogusława, i w drugim lub trzecim zeszycie, człowiek ryba zdejmuje maskę, a pod tą maską była twarz pokryta bąblami, chora, z czujnikami, sondami i cyber-złączami. To była twarz udręczonego człowieka, który chwilę wcześniej był nosicielem przerażenia i grozy. Scenę u Lukasa w szóstej części, ja zobaczyłem po komiksie… Jakiś czas temu przeglądałem nasz komiks, i tam jest ta wspaniała scena, którą my wymyślaliśmy z kadru na kadr, gdy wieżowiec zapada się piętrami, a oni z dachu są porwani przez helikopter. Przypomina mi się 11 września i scena z Matrixa. Te chwyty zostały przejęte przez kino., i teraz niezależnie ile byśmy pieniędzy włożyli w promowanie tych kadrów, to ludzie nie będą wiedzieć że to jest Funky – powiedzą że to jest Matrix.

B.P. – Wachowscy nie ukrywali, że mają wszystkie komiksy SF jakie wyszły na świecie.

M.P. – I chwała bogu. My to wymyślaliśmy na Bródnie przy dobrym drinku, a ktoś to bierze i daje do najlepszego filmu dekady, i to jest w porządku. Tak się odbywa ewolucja sztuki. Ja strasznie duże nadzieje wiążę z tym naszym komikso-filmem, bo w USA jest strajk scenarzystów, a my wchodzimy w tę lukę. Jak obejrzałem „Jestem legendą”, to stwierdziłem, że mamy szansę – nasze jest lepsze, głębsze. Jednak to czy nas tak zrobią, to już jest inna sprawa. Niektórzy z nas przeczytali pewne książki, tylko dlatego, że nakręcono film. Dawniej niektóre książki tłumaczono tylko dlatego, że nakręcono film. Tolkiena np. wielu przeczytało, bo obejrzało film. Film nakręcono dla czytelników. Film jest propagandą literatury. Ciekawe jest to, że ci wspaniali faceci, ze wspaniałymi dziewczynami, z aparaturą wartą miliony, czytają książki. To jest bardzo pouczające.

GzS – Nawet „Wiedźmin” przysporzył rzeszę czytelników Sapkowskiemu.

M.P. – Tak.Dokładnie. Jest taki stary dowcip, jak stoją dwie kozy w wytwórni na zapleczu, i żują taśmę filmową. Jedna koza mówi do drugiej: książka była lepsza.

GzS – Daliście nam do zrozumienia, że Wam się nie chce. Będziecie jednak robić nowego Funky’ego, czy nie?

M.P. – Dajemy Wam słowo, że w tym roku przed Sylwestrem, będą gotowe cztery plansze.

GzS – Ale cztery plansze już są.

(ogólny śmiech)

GzS – W Internecie można znaleźć informacje o planowanych tytułach, np. „Szalony Pilot”. Czy one są prawdziwe?

B.P. – Tak, to Maciek je wymyślał i ten temat zaczął sobie żyć. Wcale to nie jest wykluczone. Ja uważam, że bardzo dobrym pomysłem jest „Szalony Pilot”, jako prequel , dzięki któremu można sobie pewne tematy łatwiej ustawić, ale za wcześnie moim zdaniem na prequel. Musimy zrobić czwórkę, i wtedy myśleć o prequelu, a potem to już poleci.

M.P. – Powiedzcie mi, co myślicie o parodii którą zrobili Adler i Piątkowski – Franky Krova?

GzS – Dobra parodia. Niczego Wam nie odebrali i w niczym Was nie obrazili.

M.P. – Nie chodzi o obrażanie. Ja się zastanawiam, jaki tam jest wkład własny.

GzS – Miłość i poczucie humoru.

M.P. – Miłość?

GzS – Miłość do Funky Kovala.

M.P. – A może i tak – miłość. Tylko pytanie, co musi od siebie dać parodysta? Bierze postać, bierze kreskę, bierze świat. Przerysowuje, wycina i wkleja. Co jeszcze daje, dowcip? Mnie przeraziła mizerność środków jakich trzeba było użyć, żeby można było uchodzić za parodystę. Była np. Brooksa parodia „Zawrotu głowy” Hitchcocka, to się nazywało „Lęk wysokości” – ja ją najbardziej lubię. To było coś. Tam był nowa jakość. Ja właśnie oczekiwałem tej nowej jakości, i ja jej nie dostałem. Podobnie „Młody Frankenstein” – też było niezłe. Ile tam było ze scenarzysty.

GzS – Czy moglibyście opowiedzieć nam o czasach bródnowskich? W jakich warunkach powstawał Funky, i o tych słynnych kanapkach, które robiła Pani Polch?

M.P. – Był GIN w kwadratowej butelce z Pewexu.

B.P. – Missiter chyba najbardziej nam pasował.

M.P. – Były dobre papierosy które Bogusław rzucił, ponieważ gdy rysował, odkładał palącego się papierosa, a ten tlił na popielniczce. Któregoś dnia powiedział: ja pie**lę, ja rysuję a on się sam wypala. Nie będzie tak! I rzucił.
Był też taki fajny szczegół, którego nikt nie może znać oprócz mnie, bo Jacka wtedy nie było. Bogusław przeinwestowywał – rysował za dużo. Miał dużo czasu i rysował za dużo, ale dlatego Funky jest jaki jest. Był Funky w kadrze – leżał na łóżku. Wydobywali mu zaszczepkę z głowy. Był rozebrany do pasa, a dalej były majtki i nogi. Boguś narysował go na początku bez majtek, w stanie pobudzenia seksualnego, gdzie były zrobione wszystkie żyłki. Było mi tak żal, jak on to potem ścierał. To było tak misterne. To tak jak buddyjscy mnisi, robią wspaniałe rysunki z kolorowego piasku. To jest takie piękne, a oni potem to niszczą. Boguś zrobił coś takiego z fujarą Funky’ego.

J.R. – Ja mogę opowiedzieć inną historię, jak myśmy długo, chyba do dwunastej w nocy, siedzieli u Bogusława i pili drinki, i wymyślali historię do kolejnego odcinka. Około dwunastej rozeszliśmy się do domów, bo wszystko zostało ustalone. Jest godzina ósma rano, dzwonię do Maćka i mówię, że będzie wszystko inaczej. Maciek mówi: ale ja już to sobie poukładałem w głowie, już się z tym przespałem. Na szczęście udało mi się go przekonać, i zrobiliśmy wszystko inaczej.

M.P. – Zrobiliśmy taką scenę, że wpadają nasi do budynku, a tam wszystko wywrócone na lewą stronę i komputery czyste. A Boguś mówi na drugi dzień: Maciek, czym się różni na rysunku wielkości pudełka zapałek, komputer z wyczyszczoną pamięcią, od komputera z kompletnymi danymi? No niczym. No to ja mówię, że cos wymyślę. I wymyśliłem, że cały budynek zniknie. A Boguś na to, żebym spie**ł mu z takimi pomysłami na dwa dni przed oddaniem plansz. Po czym dzwoni i mówi, ze on to jednak rysuje, ale że potrzebuje trzy nie dwa dni.

B.P. – To był rzeczywiście piękny moment, bo ja byłem wyjątkowo zmęczony i pomysł żeby ten budynek właśnie ewakuować w kosmos, tym bardziej że trzeba było pokazać dziurę w mieście, po zastanowieniu wydał mi się fenomenalny, tylko co z tego, jak ja nie miałem siły go narysować.

M.P. – Nie wiem czy pamiętacie tę scenę, jak sekretarz prezydenta ma wbity w piersi rapier i zwisa bezwładnie, a jego asystenci pochylają się nad nim. Jeden z nich woła „Ty, widziałeś …….?”. Mi się wydawało, że scena jest znakomita, a Bogdan mówi, że musi być dymek. Ja na to: „Jaki dymek? Po co dymek? Co mamy napisać, „o, zabili go”?”. I wtedy narodził się ten dymek „Szefie, szefie, jak Pan się czuje?”. Ale to było tylko z tego powodu, że tam było wolne miejsce.

J.R. – Natomiast z potraw to Bogdan będzie mógł bardziej powiedzieć, co Dana robiła.

M.P. – Majonez był, cykoria, groszek, jajka na twardo.

GzS – Wegetariańskie jedzenie?

M.P. – Wędlina też była, tylko obok. Było tak, że była czekolada, ale mało. To Bogdana córka, a moja chrześnica – Paulina, widziała że wujek przychodzi, to zasłaniała własnym ciałem tę czekoladę.
Natomiast jak byłem u Bogdana na Sylwestra z 82 na 83, albo może to było na moje imieniny - nieważne. On wręczył mi prezent, album Danikena po szwedzku lub po niemiecku [duńsku – M.S.]. To było po trzech, czterech odcinkach Funky’ego. I On napisał tak: „Maćkowi z zapewnieniem, że nasz album będzie lepszy”. Ja tak patrzę, na razie przecież zrobiliśmy tylko początkowe odcinki, i sobie myślę „co on piep*y?”. Jak to nasz może być lepszy od tej wspaniałej historii po szwedzku? Nigdy w życiu! No i coś jednak tam się udało. Pamiętam także, jak przyszliśmy pierwszy raz do Bogdana i on od razu narysował półtorej planszy. Pierwsze kadry były już precyzyjnie obrobione. To było wspaniałe uczucie, zobaczyć narysowane swoje pomysły. My z Jackiem to byliśmy takie dziewice komiksowe i nie pisaliśmy planszami tylko kadrami. Pisaliśmy kadr pierwszy, drugi… dziesiąty, i gdzieś tu powinno być przejście na kolejną planszę. Potem nasty… i znowu gdzieś tu powinno być przejście na kolejną planszę. Napisaliśmy dwadzieścia kilka kadrów, chyba po sześć lub siedem na planszę, …

J.R. – Po dwanaście.

B.P. – Tak , po dwanaście.

M.P. - … bo nam Hollanek powiedział, że to mają być trzy plansze, i pierwsze co Bogusław zrobił, to uporządkował, że nie może być trzech plansz, tylko muszą być cztery, ponieważ historia musi zaistnieć. My początkowo z Jackiem mieliśmy taki pomysł, bo mieliśmy bohatera, a nie mieliśmy świata, że ta historia będzie antologią fantastyki i detektyw kosmiczny w każdej części będzie przeżywał inną przygodę w innej odmianie fantastyki, raz horror, raz science fiction, raz fantasy.

J.R. – Jak detektyw który ma różne zadania do wyjaśnienia.

M.P. – Okazało się, że jest to bez sensu – Bogusław nam to powiedział, a my mu nie od razu uwierzyliśmy, bo myśleliśmy że się mądrzy - okazało się, że tak się nie da, ponieważ każda oddzielna historia wymagałaby oddzielnego wprowadzenia i innego bohatera. To jednak musiała być historia drukowana ciągiem, gdzie akcja zaczepia się o akcję, gdzie puenta goni puentę, ale w ramach jednej historii, a nie wielu różno-gatunkowych …

J.R. – Stwierdziliśmy także, że cztery plansze to za mało na wymyślenie każdorazowo pojedynczej, w miarę spójnej, fajnej, dobrej i krótkiej historyjki, że to za krótko. A jak za krótko, to znaczy że się nie da, no i wtedy poszliśmy po całości.

M.P. – Nie wiem czy wy wiecie. My zrobiliśmy historię, że nasi bez końca ganiają się po podwodnych korytarzach, i ostrzeliwują z wrogami. A Bogusław mówi: „to do du*y jest”. Jacek tak postał, i w końcu powiedział „Wiesz co Maćku, ja to kiedyś kombinowałem jak zdobyć KC. To trzeba by tak zrobić, żeby ogłosić stan wojenny, żeby wprowadzone w błąd ludowe Wojsko Polskie samo wzięło centralę za twarz, i stąd wziął się Czerwony Alarm na Deneboli, po którym oni zaczynają strzelać do siebie, ale to było drugie podejście, bo w pierwszym było niedobrze.
No i to wszystko - to kończymy…

GzS – A kiedy i gdzie zobaczymy te cztery nowe plansze Funkyego?

M.P. – Może pokażemy je w Fantastyce…

Paweł Matuszek (redaktor naczelny Nowej Fantastyki) – Ja już mówiłem to rok temu, że możemy drukować.

M.P. - … a może całość pójdzie w Fantastyce?

P.M. – Czemu nie?!

B.P. – Ale czarno-białe i po cztery plansze.

P.M. – Tak, dokładnie tak jak kiedyś.

B.P. do M.P – No to mamy wydawcę!