Bez finału


Materiał pochodzi z miesięcznika NOWA FANTASTYKA
Autor: Krzysztof Chudzik-Lipka
Data publikacji: październik 2002
Wydawnictwo: Prószyński Media Sp. z o.o.
Materiał został zamieszczony za zgodą Bogusława Polcha.



Miałem dziesięć lat, gdy usłyszał o nim świat - w moim przypadku słowa "Autobiografii" idealnie odnoszą się do Funky'ego Kovala. W listopadzie 1982 roku kosmiczny detektyw wdarł się przebojem nie tylko do biura Hawkera (Uprzedzałam, że szef zajęty!), ale i na scenę polskiego komiksu.

BEZ FINAŁU

Opowieść o Funkym różniła się skrajnie od tego, co w owym czasue mieli do zaproponowania krajowi rysownicy. "Koval" nie pasował ani do bajkowej konwencji "Tytusów" czy "Kajka i Kokosza", ani do ugrzecznionych historyjek z rodzaju "Kapitana Żbika". Był inny. Brutalniejszy, poważniejszy, momentami wręcz ponury. Od początku robiony z myślą o dorosłym, inteligentnym odbiorcy.

Nikt jednak nie mówił, że będzie łatwo. Już na dzień dobry Funky musiał stoczyć bitwę nie tylko z drollami i syndykatem Stellar Fox, ale także z czytelnikami "Fantastyki", którzy zasypywali redakcję odezwami typu: "Po co w ogóle drukujecie komiks?" Już po zakończeniu pierwszej serii okazało się jednak, że dzielny detektyw doczekał się licznego grona fanów, którzy niecierpliwie czekali na jego powrót, prześcigając się w domysłach: "Zginął w wybuchu czy nie zginął?". Nic dziwnego, skoro Koval, mimo obco brzmiącego imienia, to tak naprawdę nasz człowiek (jego miejsce urodzenia to Warsaw, Poland). Samych autorów identyfikowano na podstawie komiksu. Swego czasu naczelny "NF" opowiadał, jak to kiedyś na drodze zatrzymał go milicjant. Parowski? Parowski? Skąd ja znam to nazwisko? - dumał pan władza. A, już wiem! Parowski, Rodek, Polch!

Ulubionym chwytem tercetu P.R.P. stały się rozmaite - graficzne i tekstowe - aluzje, nawiązania i cytaty. Jedne wychwytywało się od razu (każdy chyba wie, kto jest pierwowzorem Matta Pareya i Jacka Roddy'ego), inne dopiero przy kolejnej lekturze (sam dopiero niedawno zauważyłem, że gdy Funky odbiera od Hawkera licencję, na biurku tego ostatniego leży... pierwsza plansza komiksu). "Koval" nie stronił też od polityki. Ciemne okulary pana Visa-Vinego odpowiednio się kojarzyły, podobnie jak postać kłamliwego George'a Fannera - łysonia z odstającymi uszami.

Po odcinkowych publikacjach musiały oczywiście przyjść wydania albumowe: "Bez oddechu" (1987), "Sam przeciw wszystkim" (1988) i "Wbrew sobie" (1992). Autorzy skorzystali więc z okazji, żeby nieco w komiksie poprawić. Dorobili nowe plansze, dopisali parę kwestii, inne usunęli - Polch dorysował też to i owo, na przykład list gończy za Rhotaxem. Niestety, w owych poprawkach zabrakło konsekwencji. Nazwę statku "Snack" z pierwszej części zmieniono na "Snaok", ale w drugim albumie Rhotax mówi wyraźnie: On go testował na "Snacku"!

Podobnych fuszerek jest zresztą w "Kovalu" więcej. Dawna formacja Fynky'ego najpierw nosi nazwę Air Star Force, potem - AeroSpace Force. W "Bez oddechu" Paul Barley jest majorem, w następnych częściach - już tylko kapitanem. Nie wspominam już o tym, że Kovalowi - naturalnemu blondynowi, któremu Miss Lilly ufarbowała włosy - w trzeciej części rośnie broda czarna jak smoła.

Owa trzecia część zrezsztą - z denerwująco otwartym zakończeniem - wzbudza wśród czytelników chyba najwięcej kontrowersji. Album powstał na początku lat dziewięćdziesiątych, w momencie kiedy klarowny podział na dobrych i złych zaczął się coraz bardziej zamazywać. W obowzie uchodzącym dotąd za jednolity pojawiły się waśnie, konflikty i podziały. Powstał wóczas problem redefinicji zła - powiedział kiedyś Parowski, gry rozmawialiśmy o Funkym. Dawniej było wiadomo, że zło tkwi w innych, nie w nas. Dzisiaj jest o wiele bliżej, może tkwić we mnie, w tobie, w każdym. Dlatego Koval też nie jest już bohaterem bez skazy, też odnajduje w sobie zło. Problem w tym, że dla jednych niegodziwcami są dawni słudzy minionego ustroju, innych zaś brzydzą oszołomy mieniące się skrajną prawicą. Twórcy komiksu obydwu stronom dołozyli po równo (najwięcej chyba jednak dostało sie pewnym bliźniakom), nic więc dziwnego, że zrazili do siebie niektórych czytelników.

Niestety, rozdźwięk zapanował także w obozie autorów. Po publikacji "Wbrew sobie" tercet P.R.P. rozpadł się z przyczyn oficjalnie do końca niewyjasnionych. O co poszło? Cholera wie. Losy zduplikowanego komandora, i tak już nieźle powikłane, zawisły w próżni. Nie raz i nie dwa pisano już, że w planach są kolejne części, że scenarzyści układają dalszy ciąg. Nic z tego jak dotąd nie wyszło. Maciej Parowski, który ma wszak na koncie opowiadanie "Ostatnia przygoda Funky'ego" na motywach "Zodiakalnej afery", mógłby napisać wersję powieściową (cytował mi nawet kilka pierwszych zdań), ale gdym go o to nagabywał, zawsze wymigiwał się nadmiarem zajęć. "Koval" więc po dwudziestu latach od premiery pozostaje dziełem klasycznym - cytowanym, parodiowanym przez innych - acz niedokończonym.

Być może tę patową sytuację zmieni reedycja całej trylogii, przygotowana przez Egmont. Obok znanego wszystkim materiału światło dzienne ujrzy osiem nowych plansz (gdy piszę te słowa, Polch siedzi dopiero z ołówkiem w ręku), stanowiących zapowiedź kontynuacji. Czyżby więc doszło do braterskiego pojednania? Czyżby Funky naprawdę miał powrócić?...

Opowieść o kosmiczym detektywie, jak żadna inna spośród polskich historyjek rysunkowych, zachowała atmosferę czasów, w których powstała. Najwyższa więc już pora wprowadzić komandora Kovala w XXI wiek.