Dawaj go tutaj, Brenda!


Materiał pochodzi z miesięcznika: Nowa Fantastyka Nr 10 (337) 2010.
Autor: Tomasz Kołodziejczak
Wydawca: Prószyński Media Sp. z o.o.
Materiał został zamieszczony za zgodą autora.



Nie byłem wielkim fanem przygód Funky'ego Kovala, kiedy w latach 80. zaczęły ukazywać się w odcinkach na łamach Fantastyki. Fabułki pierwszych, zamknietych epizodów wydawały mi się naiwne i proste. Kolejnych - dla odmiany - zbyt zakręcona jak na historię opowiadaną w ledwie czterostronicowych fragmentach raz na miesiąc.

Oczywiście, dostrzegam zalety komiksu. Świetne rysunki, dynamiczne kadrowanie, wartką fabułę. Doceniam kapitalną robotę Bogusława Polcha w graficznej budowie świata przyszłości.

Pojazdy - nowoczesne, eleganckie, oryginalne w kształtach. Stroje - zgrabnie miksujące fasony współczesne z esefowymi mundurkami. Detale wypełniające plansze: broń, urządzenia, napisy. No i oczywiście kobiety - marzenie nastolatka. Wszystko to budowało spójny, konsekwentny, efektowny świat przyszłości.

Ale - nie wczytywałem się wówczas w polityczne czy społeczne aluzje, tak ważne dla twórców. Pomysł z umieszczeniem w komiksie nazwisk i twarzy redaktorów Fantastyki wydawał mi się dety. Uważałem, że wiele stron jest przeładowanych tekstem, nie do końca klarującym zresztą, o co w tej opowieści w ogóle chodzi.

Czytałem Funky'ego Kovala, bo wtedy czytało się wszystkie dostępne na rynku komiksy. Po trzydzieści razy, średnio.

Klasę tego komiksu doceniłem w pełni znacznie później. Najpierw, gdy ponownie zarepetowałem sobie jego treść z kolorowych zeszytów pisma Fantastyka-Komiks. Potem, gdy już jako wydawca sam wznawiałem całość serii w ramach kolekcji Klasyka Polskiego Komiksu w wydawnictwie Egmont. Teraz, po ponownej lekturze, którą zafundowałem sobie przed pisaniem tego szkicu - lubię jeszcze bardziej. Najwyraźniej zawodowa wiedza o światowym komiksie, lektura setek woluminów, własna analiza artystycznego języka tej formy sztuki, wreszcie osobiste doświadczenia jako scenarzysty - dały mi pełniejszy wgląd w to, jak dojrzałe dzieło zaproponowali nam trzej autorzy ćwierć wieku temu. Pierwszy epizod Funky'ego powstał w roku 1982.

Maciej Parowski (we wstępie do zbiorczego wydania - Egmont 2002) pisał, jak wiele ważnych dla tego komiksu pomysłów wyszło od Bogusława Polcha, wówczas 41-latka i jednego z nielicznych w Polsce komiksiarzy-zawodowców, doświadczonego praca m.in. przy Żbikach i serii Danikenowskiej. Nie wiem, jak było naprawdę. Ale pamiętać trzeba, że Jacek Rodek był w owych latach jednym z najlepszych u nas znawców francuskiego komiksu, a Maciej Parowski, jako jeden z pierwszych Polaków, próbował dokonywać krytycznej i warsztatowej analizy tego medium. To przygotowanie widać w ich robocie. Ale czuć też w niej pasję, dobrą zabawę, chęć zrobienia czegoś naprawdę wystrzałowego.

Popatrzmy na te pierwsze, czterostronicowe, za krótkie przecież do opowiedzenia złożonej fabuły, epizody. Jednak im się to udało. W pierwszym odcinku poznajemy głównego bohatera, mamy wgląd w świat, podziwiamy kosmiczne krajobrazy i niezłą bójke, otrzymujemy dowcipną puentę na dwóch ostatnich kadrach. Wszystko realizowane obrazem i dialogiem, z naprawdę niedużą liczbą streszczających wydarzenia didaskaliów.

Drugi odcinek - to samo. Tempo, skoki scenograficzne, intryga, no i Miss Lilly na ostatnim obrazku. Tu w dymkach nie ma ani jednego słowa za dużo, a każdy kadr precyzyjnie prowadzi do celu.

I tak dalej, w kolejnych, tworzących coraz bardziej złożoną intrygę albumach.

Do dziś świetne wrażenie robi dynamiczne kadrowanie, myślenie nie pojedynczym obrazkiem, a całą planszą. Łączenie różnych rodzajów kadrów. Przenikanie tła obrazka przez całą stronę podzielona na mniejsze obszary. Skróty kamery. Stosowanie różnych kształtów ramek (a czasem rezygnowanie z nich), linii i efektów wyznaczających ruch, wybuchy, zzjawiska czasoprzestrzenne. Wykorzystanie plam czerni - pamiętajmy, że komiks był pierwotnie przygotowywany do druku czarno-białego właśnie.

To elementarz komiksowego języka narracji, który do dziś sprawia kłopot wielu polskim twórcom młodszych pokoleń.

Fabuła komiksu też zyskuje przy dokładniejszym poznaniu i ponownej lekturze. Jest gęsta, zawiera pułapki, drugie dna, boczne wątki. To powoduje, że przy szarpanym "odcinkowym" czytaniu mogła sprawiać wrażenie chaotycznej, niedopowiedzianej. Sporo w niej dzieje się poza kadrem, czytelnik musi wypełniać wyobraźnią i domysłem stosunkowo dużą czasoprzestrzeń pomiędzy obrazkami. Ten sposób opowiadania wynikał z odcinkowego charakteru serii (mamy mało stron, musimy na nich upchac dużo treści), ale i zapewne z przekonania twórców, że pracują dla inteligentnego, nawykłego do do fabularnych pułapek i twistów czytelnika literatury fantastycznej.

Funky Koval to po prostu świetny komiks. Z jednym zastrzeżeniem. To komiks nieskończony. Teoretycznie ta fabuła jakoś się zamknęła w trzecim albumie. Ale autorzy wciąż zostawili więcej pytań niż odpowiedzi. Ja, jako czytelnik chcę wiedzieć... W co grają drolle i ankuzi? Po co tak naprawdę budują międzywymiarowy most? Czy Funky to Funky? Jak zmieni się Ziemia pod wpływem nowej technologii? Czy i jaka nowa piękność pojawi się w życiu Funky'ego zamiast Lilly

Czy Matt Parey, Jack Roddy i Bogusław Polch dadzą radę - samej opowieści i jej legendzie?

No, panowie, dawajcie go tutaj! Trzymam kciuki.




Tomasz Kołodziejczak (1967), pisarz (w sierpniu br. ukazała się jego najnowsza powieść Czarny horyzont), scenarzysta komiksowy (do rysunków m.in. Krzysztofa Kopcia i Przemysława "Trusta" Truścińskiego), wydawca - szef Klubu Świata Komiksu (Egmont).