Do Hollywood na...


Materiał pochodzi z miesięcznika: Nowa Fantastyka Nr 9 (336) 2010.
Autor: Jakub Winiarski
Wydawca: Prószyński Media Sp. z o.o.
Materiał został zamieszczony za zgodą autora.



FUNKY KOVAL
do Hollywood na złotym meteorze

z Maciejem Parowskim rozmawia Jakub Winiarski


J.B.: Spodziewałbyś się, że Funky Koval zawędruje aż za ocean i zostanie gwiazdą Hollywood?

M.P.: Parokrotnie pod nosem coś chyba na ten temat przebąkiwaliśmy. Wiadomo było, że filmowcy czytają komiksy; sam oglądając obcojęzyczne wersje danikenowskiego serialu Polcha wołałem przy niektórych kadrach, że George Lucas musiał się na to zapatrzyć. Na przykład, kiedy u Polcha zdejmują maskę "człowiekowi rybie", to on ma pod spodem podobnie zdegenerowaną, owrzodzoną, scyborgizowaną twarz jak później Vader. Z kolei już nasi bohaterowie z albumu "Wbrew sobie", uciekający helikopterem z rozsypującego się wieżowca, przypomnieli mi się parę lat później podczas seansu pierwszego "Matrixa"; jest tam podobna scena. To fajne i paradoksalne, bo przecież i my, wymyślając przygody Kovala, planując plansze, często w dyskusjach przywoływaliśmy jako wzory czy punkt odniesienia właśnie rozwiązania amerykańskiego kina, komiksu i literatury SF.

J.B.: Jak odbierasz sukces komiksu, którego jesteś współtwórcą?

M.P.: Po prostu weszliśmy do popkulturowej rodziny, w której Amerykanie rządzą. Ale że, przestrzegając pewnych reguł, dodaliśmy do tego nasze problemy, obsesje, polski temperament i niesubordynację, narysowane precyzyjną kreską Polcha, to w sumie wyszła opowieść oryginalna, mogąca zainteresować speców z Fabryki Snów. Warto dodać, że zamim Amerykanie się poznali, to kupili Funky'ego Węgrzy i Czesi (ci do dziś nie zapłacili). Jedno i drugie jest frajdą i branżowym wyróżnieniem, a zrealizowane kino oznacza dodatkową sporą kasę. Czysto artystyczna ciekawość też mną oczywiście trzęsie, jak im to wyjdzie, jak będzie odebrane? Powiem krótko - nie mogę się doczekać.

J.B.: Jakim wyzwaniem jest dla ciebie pisanie scenariusza komiksu, który teraz będzie musiał się mierzyć z własną legendą i tysiącami komiksów, które powstały, odkąd Funky przestał się ukazywać?

M.P.: Jestem, no może do niedawna, byłem przerażony. Czytelnik jest inny, czasy są inne, myśmy się zestarzeli. To znaczy ręce i głowy. Funky był jednoczącym bohaterem społeczeństwa poddanego wielkiej politycznej opresji, teraz wolna Polska rozsypała się na stronnictwa i opcje skaczące sobie do oczu. Trudno będzie im wszystkim dogodzić. Są problemy estetyczne, jak miękko przeskoczyć dziewiętnaście lat. Albo jak ładnie uzasadnić zmianę estetyki, by zmiana była częścią opowieści, a nie obsuwą. Jak powiązać fabularne rozwiązania komiksu z gorącymi wydarzeniami za oknem, bo to przecież było siłą poprzednich albumów. Pomysły jakie miewaliśmy z Jackiem w ciągu ostatnich 5-10 lat częściowo się rozmazały, więc trzeba szukać nowych. Mam niezłe doświadczenia z Burzą, konceptem przenoszonym i modyfikowanym przez ponad 20 lat. Tam podobno się udało, może tutaj też.

J.B.: Jak ci się pracuje z Polchem nad nowym Funkym? Czy po tylu latach łapiecie jeszcze wspólne klimaty?

M.P.: 21 lipca dzwoniłem do Bogusia z działki, po dwóch dniach samotnego kombinowania, przestawiania zraszaczy, jeżdżenia na rowerze i wskakiwania co pięć godzin do jeziorka. Najpierw próbował nie dopuścić mnie do głosu, bo mu się zdawało, że demoluję wszystko, co sam zdążył wymyślić i narysować. Trzy razy obszedłem działkę z komórką przy uchu, a kiedy w końcu dał mi mówić, to protestował już tylko przy utracie zasięgu. Potem w zupełnie innym tonie ustalaliśmy drobne szczegóły. Warto dodać, że podobnie dramatyczny przebieg miała akceptacja scen z budynkiem Stellar Fox pikującym do gwiazd w albumie Sam przeciw wszystkim. Dlatego obaj odetchnęliśmy, wracają stare klimaty. Jesli nawet damy ciała, to chyba nie tym razem.

J.B.: Jak widzisz dzisiejszych czytelników tego komiksu? Czy myślisz o nich, pisząc kolejne sceny?

M.P.: Czytelnicy to dzieci, ci przed ćwierczwieczem i tak samo teraz. Robiąc komiks trzeba w sobie uruchomić ukryte dziecko, które nawiąże z nimi kontakt. Myślę o organizowaniu czasu na tę robotę, o historii, o bohaterze i jego świecie, o pułapkach, jakie zastawiają na niego siły ludzkie i nieludzkie. Przeglądam notatki z różnych lat i szukam w głowie dobrych wizualnie, znaczących scen. To ma być wartkie, inteligentne, barwne, tajemnicze, zaskakujące. Czytelnik nie jest żadnym problemem, w ogóle o nim nie myślę. No dobra - pielegnuję szczególnie fantazje dotyczące dwudziestoletnich czytelniczek. Ale zajmuje to nie więcej niż pięć minut dziennie.

J.B.: Było was trzech, jest dwóch. Jaka to historia?

M.P.: W albumie Egmontu w krótkim szkicu wspominam o początkach Kovala pod znaczącym tytułem: MIELIŚMY DUŻO CZASU. Pierwsze trzy albumy są akcyjnie i rysunkowo przeładowane. Czytelnik to polubił, ale teraz tego czasu już dla siebie nie mamy. Zestarzeliśmy się. Jacek wychowuje dwu synów i ma wydawnictwo na głowie, ja robię przy trzech pismach nie jednym, mam działkę oraz autystyczną wnuczkę i "nie ten już, nie ten już wzrok". Mieszkamy znacznie dalej od siebie, zresztą jak patrzę, to wszyscy w Polsce zrobili się dużo bardziej zajęci i zalatani niż kiedyś. Rozjechaliśmy się, zmieniły się nam temperamenty, poróżniły, ale nie za bardzo, pewne kwestie. Album czwarty robimy we dwu z Bogdanem, za Jacka zgodą - film, jeśli dojdzie do skutku, będziemy fetować we trzech. Może przy piątym albumie znów się zejdziemy, byłbym wtedy emerytem, mniej może uwikłanym w różne bieżączki. Powiem szczerze, brakuje mi Jacka, myśmy mieli i mamy różne charaktery, kombinowaliśmy zupełnie inaczej, ta historia była ciekawa także dlatego, że ciągnęliśmy ją czasem w różne strony i Bogdan rozstrzygał spór. Nie wykluczam, że w najbliższych tygodniach zadzwonię do Jacka i spytam, co zrobiłby, to znaczy Roddy, w tej czy tamtej sytuacji; po prostu poproszę o radę. To byłoby nawet w dobrym tonie.

J.B.: Jak według ciebie zmienił się rynek fantastyczny, fantastyczna agora?

M.P.: Czytelnicy oglądani na konwentach są cały czas tacy sami, choć nie ci sami, wrażliwi, inteligentni, wymagający młodzi ludzie. Dawni młodzi bardzo się zestarzeli. Pewnie dziewczyn teraz jest więcej, feministek i ateistów. Ale tu panuje z kolei czytelna regionalizacja, jak jadę do Poznania to wiem, że spotkam moich niezawodnych religiantów, z którymi się rozumiem w pół słowa. W Katowicach, tzn. w Cieszynie, a jadę na imprezę ŚKF po piętnastu latach nieobecności, może być odwrotnie, ale spotykałem wielu Ślązaków na fandomowych szlakach i na siebie nie warczeliśmy. Sieciowa fantastyczna agora jest natomiast przygnębiająca; bryluje tam do cholery małostkowych, agresywnych kutafonów, którzy źle życzą autorom i innym fanom, nawet nie próbując tego ukryć.

J.B.: Maćku, tak przy okazji. Powiedz, jaki jest twój obecny stosunek do literackiej twórczości w Internecie? Wierzysz, że są w nim prawdziwe, choć nie oszlifowane, fantastyczne diamenty?

M.P.: Tutaj od paru lat nie jestem już doktrynerem. Byłem przeciwnikiem tematycznych konkursów literackich, ale kiedy wypalił ten z Brytyjczykami, w którym wypłynęli Kuba Nowak i Maciek Guzek, zmieniłem zdanie. Wydawało mi się, że kandydat na autora nie "utopi" dobrego tekstu w Internecie, parę ciekawych osób jednak z naszą sieciową stroną zaryzykowało, nagradzamy ich drukiem w "NF" i "Wydaniu Specjalnym", czyli tu też - żadnych uprzedzeń. Moja rezerwa wobec Internetu jako nowego źródła tekstów płynęła chyba trochę ze strachu i lenistwa. Sam bym normalnej literackiej poczty i tej sieciowej po prostu nie dał rady przerobić. Wziąłeś Internet na siebie - wspólnie zbieramy owoce.

J.B.: Burza została nominowana do nagrody im. Mackiewicza. Cieszy cię to, myślisz o tym w ogóle?

M.P.: Cieszy jak cholera, zwłaszacza że, pominąwszy nagrodę w konkursie Młodego Technika na opowiadanie z 1973 roku, żadnej literackiej nagrody nie dostałem. Moi autorzy tak, nawet wielu, ja - nie. Mam niby antynagrodę Złotego Meteora od ŚKF, ale to jednak nie to samo. Za Burzę też nic nie było, nie zaistniałem w żadnym fantastycznym rankingu, aż tu - Mackiewicz! - bardzo poważny pan, kategoryczny, onieśmielający, odważny, toczył w złym czasie walkę ze światem, który nie chciał go słuchać. Na medalu jego imienia wypisana jest sentencja "TYLKO PRAWDA JEST CIEKAWA". Nominowanie do takiej nagrody powieści fantastycznej, napisanej w dodatku nie po Bożemu, lecz rwanym językiem kina, komiksu - zabawny paradoks. Przypominam, że nominację do Mackiewicza miał też Szczepan Twardoch za Prawem wilka, i że w tym roku w puli pretendentów jest obok "Burzy" "Wroniec" Dukaja. Widac główny nurt nauczył się czytać fantastykę; zrozumiał, że prawda pewnych emocji, mechanizmów może być zapisana w fantastycznej prozie, eseju. Moja Warszawa 1940 - wolna i zwycięska - jest prawdziwsza od tej przegranej i zdruzgotanej, jaka przydarzyła się naszym rodzicom i dziadkom. Cieszy mnie, jako redaktora "F" i "NF" od 28 lat, że Kapituła Nagrody też tak na mnie spojrzała.

J.B.: Mnie także bardzo to cieszy. I mam nadzieję, że wygrasz, w każdym razie, że nagroda pójdzie w ręce fantasty. Dziękuję Ci za rozmowę.