Funky Koval - i inni


Materiał (wstęp) pochodzi z albumu zbiorczego: Funky Koval.
Autor: Maciej Parowski
Wydawnictwo Egmont, 2002
Materiał został zamieszczony za zgodą autora.

Względem oryginału, na prośbę autora, pominięto dwa losowo wybrane akapity.


Mieliśmy dużo czasu!

Nic mi tak w życiu nie wyszło, jak włosy i komiks o Funky Kovalu. Choć nie od razu spotkała się ta robota z uznaniem. Pierwsze spotkania Fantastyki jesienią '82 z kolegami, pisarzami i czytelnikami, pierwsze listy do redakcji to gorzki lament nad tym, co w piśmie najbardziej widoczne, więc łatwe do skrytykowania. "Rysunki mogą być, ale ci faceci, którzy wpisują te dymki..." - narzekał młody kibic wiosną '83 w EMPiK'u na Bagateli.


Współscenarzysta Jacek Rodek i ja nie mieliśmy we wrzesniu 82 roku pojęcia, za co w istocie się zabieramy, mimo że byliśmy do tego komiksu merytorycznie i psychicznie gotowi. Rodek (27 lat), fanatyk prozy i kina science fiction obejrzał i przeczytał wszystko, co się w gatunku ukazywało. Ja (36 lat) miałem na koncie orwellowską powieść, parę szkiców o komiksie oraz zbiorek felietonów o kinie i kulturze masowej; czułem więc teoretycznie problem narracyjnych sztuk wizualnych. Bogusław Polch (41 lat), rysownik paru pierwszych Żbików, świeżo po zrobieniu na Zachodzie siedmioalbumowego fantastycznego serialu daenikenowskiego, czekał na życiowe wyzwanie. Polecony przez profesora Skarżyńskiego, zapraszany do redakcji przez Hollanka, dostrzegł w nas szansę, co mnie do dziś dziwi, bo w momencie startu nie proponowaliśmy zbyt wiele.

Na początku był enigmatyczny, surrealistyczny konspekt pióra Wiktora Żwikiewicza i Rodka. Półtorej stroniczki - kosmiczna Agencja Uniwerss i jej agent Punky Rock, który miał przeżywać epizodyczne przygody w różnych fantastycznych konwencjach i sceneriach. Tak wstępnie zobaczyliśmy to z Rodkiem, siadając do pracy nad dziewiczym odcinkiem Licencji. Otwierał on akcję na różne warianty - kosmiczny pilot dostaje sprawdzające zadania, odkrywa wielką aferę, poznaje kobietę, zdobywa licencję detektywa, zatrudnia się w Uniwerss. Ot, skrzyżujemy lemowego Pirxa z chandlerowskim Marlowem i zobaczymy, co będzie dalej. Bardzo się staraliśmy, żeby dymki nie komentowały obrazków, tylko dowcipnie popychały zasjakującą akcję do przodu. Graliśmy też formą - "wiatrakowy" kadr walki bohatera z terrorystami, świadome operowanie drugim planem już w pierwszym kadrze i detalem w ostatnim. Na coś się przecież przydały moje teoretyczne lektury o głębi ostrości w Obywatelu Kane, o roli rekwizytu u Hitchcocka.

Polch to kupił i pięknie narysował, choć od początku próbował nam wybijać z głowy pewne rzeczy. Nie Punky Rock, tylko Funky Koval - też są konotacje muzyczne, ale Koval wniesie do komiksu ździebko polskości. Ten pierwszy odcinek pisaliśmy klatkami, na trzy strony Fantastyki. Polch wywalczył u Hollanka, że stron musi być co najmniej cztery na epizod, inaczej historia nie zaistnieje. Nam zaś kazał myśleć o opowieści planszami, bo one oglądane całościowo, a nie pojedynczy obrazek, budują dynamikę komiksu. Zaczął też perswadować Jackowi i mnie epizodyczność powieści. "Komiks - powiedział - istnieje jako longier z komplikującą, rozgałęziającą się intrygą - samotny bohater, potężne siły, zdarzenia zwyczajne i nadzwyczajne, fortele i elementy burleski - historia musi się rozwijać w pzrestrzeni i czasie." Przytakiwaliśmy bez przekonania; kolejne odcinki (o porwaniu miss Lilly Raye, o zodiakalnej aferze, w której pojawiają się Drolle) są jeszcze klasycznymi gatunkowymi singlami. Bezwiednie zresztą wprowadziliśmy w nich na scenę ważnych bohaterów serialu: Brendę Lear, Drolli, przekupnego policjanta. Ale również bohaterów - jak na razie - zbędnych (Sekta Temporystów). Czwartym epizodem, świadomym wstępem do jednej wielkiej afery, mającej perspektywicznie przenieść akcję na planetę DB-4, przyznawaliśmy już Polchowi rację bez zastrzeżeń. Zaczynanie w każdym odcinku innej gatunkowo i jakościowo przygody, oznaczałoby marnowanie miejsca na otwarcia, wstępy, rozbiegówki. Ale, co najważniejsze, nie istnieje jeden bohater równie dobry do fantasy, co do science fiction, cyberpunku, horroru, inner space. Pewien typ mężczyzn zawsze wraca do domu bez parasola, inny z guzem, jeszcze inny z olśniewającą blondynką wyratowaną z rąk gangsterów bądź zboczeńców. Temu od gubienia parasoli blondynka się nie przytrafia - oto podstawa bohaterologii komiksu.

A co z prawami komiksowej opowieści? Irzykowski pisze z lekceważeniem w "X Muzie" o adaptacjach: scenariusze filmowe winny według niego powstawać pod wpływem odrębnego natchnienia. Tak samo, myślę, w komiksie. Nasz Funky literackiego pierwowzoru nie posiadał, a natchnieniem, pominąwszy bogatą i w Polsce wówczas nie ograną skarbnicę gatunkowych stereotypów, była nam rzeczywistość za oknem. Urban w telewizorze, doroczne sierpniowe ruchawki gazem łzawiącym na ulicach miast, pogłoski o wyczynach nieuchwytnych, podziemnych herosów zdelegalizowanej Solodarności. Właściwie już od drugiego odcinka życie włazi nam do komiksu. Wybory miss były u nas i w rzeczywistości (a imię jej - Lidia Wasiak), w komiksie dodaliśmy jeszcze porwanie. Pomysł porwania zrodził się w dniu napadu na ambasadę PRL w Bernie (kapitan Wysocki!?). Przy końcu pierwszego albumu (Bez oddechu) Funky rozwiązuje problem przeważających sił wroga na planecie DB-4, zmuszając generała Gretza do ogłoszenia dywersyjnego stanu wojennego, tzn. czerwonego alarmu. Bystrzy czytelnicy zauważyli też liczne aluzje i odwołania artystyczne - do Mleczki ("właśnie myślałem o tobie, Brenda"), do modnych wówczas filmów Nowej Przygody (Wejście smoka, Poszukiwacze zaginionej Arki). W tym pierwszym, a zwłaszcza drugim albumie (Sam przeciw wszystkim) Funky działał na zapleczu, rozsadzał skorumpowany układ, wymierzał sprawiedliwość, zaskakując swoich przeciwników. "Był dla nas objawieniem, wyzwoleniem i oczyszczeniem - pisał w lutym '91 w liście do redakcji Nowej Fantastyki Maciej Czarnik - wzorowaliśmy się na nim, postępowaliśmy jak ON. Był naszym Janosikiem i czterema pancernymi lat osiemdziesiątych".

(...)

Natomiast inny chwyt dostarczył nam i przyjaciołom (i czytelnikom) dużo radości, bo okazał się dla rozwoju roboty niezwykle korzystny. Za zgodą zainteresowanych wpuściliśmy do naszego komiksu autentyczne postaci. Lech Jęczmyk, znany tłumacz i redaktor, duża postać kultury SF (jak dziś, choć wówczas jeszcze nie polityk) został Paulem Barleyem, szefem Funkyego w Agencji Uniwerss. Marek Oramus i Wiktor Żwikiewicz, dwójka najbardziej wówczas znanych pisarzy science fiction młodego pokolenia, choć obaj działający z autu (Oramus miał wręcz po weryfikacji sformalizowany zakaz zatrudniania się w prasie RSW), wcielili się w postaci nieprzekupnych dziennikarzy, uchylających samodzielnie rąbka tajemnicy Drolli. Wpisaliśmy też do komiksu siebie, Jacka Roddeya i Matta Pareya, bardzo się nasze role rozrosły, zwłaszcza w albumie trzecim (Wbrew sobie). Polch też zjawia się w paru kadrach, w tle, prosił jednak, żeby go do akcji nie włączać - w końcu istnieje w tym komiksie jeszcze inaczej, w każdym pociągnięciu piórkiem, w każdym fragmencie twarzy, detalu, tła. Za to intensywnie występuje we wszystkich albumach żona Polcha, Dana. Dała twarz Brendzie, co od razu postawiło miss Lilly Raye na straconych pozycjach; był pomysł, żeby dziewczyny okazały się siostrami, są przecież podobne, prowadziły, myślę, psychologiczną wojnę w głowie Polcha, dlatego w końcu uśmierciliśmy miss w albumie trzecim, bo dalej tego freudowskiego trójkąta (czworokąta - w albumie zjawia się sporządzony przez Drolli cyborg - sobowtór Kovala) ciągnąć się nie dało. A przecież nic tak nie ożywia akcji komiksu jak trup. Zjawiał się wreszcie w tym komiksie na ekranach telewizorów, na komputerowych rejestrach skorumpowanych polityków - George Fanner - łysy rzecznik z odstającymi uszami, przypominający Urbana. Do dziś nie wiem, czemu to nam uszło na sucho: od paru też lat dziwuję się, co to się porobiło, że niektórzy z ówczesnych wielbicieli Kovala zaczytują się obecnie w tygodniku Nie.

Do rzeczy. Prawdziwe postaci, w większości przez bas lubiane - wszystkie znaczące - jako w pewnym sensie gotowe, wizualnie i psychologicznie, ułatwiły bardzo wymyślanie historii. Dodały też autentyzmu emocjonalnym napięciom między bohaterami; Funky trochę nieokrzesany, papierowy heros, podciągał się do nich, a z czasem zaczęliśmy tak pisać mu rolę (Polch nalegał), żeby Koval nad resztą górował. Z szaławiły zamienił się w mrocznego mściciela. Jackowi i mnie wydawało się na przykład, że to Barley powinien wymyślić najważniejszy fortel z czerwonym alarmem na DB-4; Polch się uparł i chyba miał również warsztatową rację, że jednak Funky, nie Barley, jest tytułowym bohaterem naszego komiksu. W ogóle większość rozwiązań fabularnych, sytuacyjnych, rodziła się w dyskusjach i sporach. Zawsze rozstrzyganych większością 2:1. Polch cyzelował sceny walk, znał się na tym i mnożył w obrazku zabawne rozwiązania do PRL-owskiej rzeczywistości. Jacek komplikował kaskadami nowych pomysłów wykończone już, zdawałoby się, idealne sytuacje i puenty. Ja pilnowałem całości i wyżywałem się w dialogach. Czasem też, jako najbardziej skłonny do mediacji, godziłem sprzeczne rozwiązania Polcha i Rodka. Dlatego na przykład w albumie pierwszym sekretarz prezydenta jest kanalią (opcja Polcha), ale ma zarazem niekłamane poczucie własnej racji i misji (opcja Rodka) - wie coś, czego nasi nie wiedzą.

(...)

Badacz sztucznej inteligencji, cybernetyk Ross Ashby dowodzi, że żaden system (ani komputer, ani organizm) nie może wyprodukować nic nowego, o ile nie zawiera źródła przypadkowości . Bywało tej przypadkowości w Funkym aż nadto, choć wszyscy trzej staraliśmy się chronić siebie nawzajem przed tandetą, słabizną. Miotając się między pomysłami i wariantami, prowadzeni wewnętrzną dynamiką komiksowej opowieści, wsłuchani w ducha czasu, który wprost domagał się od nas rzeczy buntowniczej, leczącej i krzepiącej - stanęliśmy chyba, zwłaszcza w dwóch pierwszych albumach (pisanych w latach 82-83 oraz 85-86), na wysokości zadania. Pisząc album trzeci (lata 91-92), nie mieliśmu już jasnej wizji swych komiksowych powinności. Różniły nas wybory i gusta polityczne, trochę się kłóciliśmy o sprawy życiowe i wymowę komiksowej historii. Na planszach zjawiają się kryptokarykatury niektórych postaci z życia publicznego III Rzeczypospolitej, co już niejednakowo się nam podobało. Nawet Funky nam się rozdwoił, wszyscy najważniejsi bohaterowie (ze mną i Jackiem na czele) wkraczają w zakończenie trzeciego albumu malowniczo porozbijani psychicznie i fizycznie. Ponadto, zgodnie z przebiegiem czasu rzeczywistego, Polch postarzył nas o dziesięć lat, choć w akcji samego komiksu, między pierwszym albumem a trzecim, mija zaledwie parę miesięcy. Ten trzeci album (wymowny tytuł Wbrew sobie) nie oglądał się już tak entuzjastycznie jak dwa pierwsze, mimo że był fabularnie bardzo chytrze zakręcony. Brakuje w nim autorom i czytelnikom wyrazistego, jednoczącego mitu - W Polsce wokół nas było (i właściwie jest do dziś) tak samo. Ale myślę, że się pozbieramy i na początku III tysiąclecia powstaną jednak obiecane kiedyś albumy. Zerowy: Szalony pilot. Czwarty: Aż na koniec świata. I piąty: Dom wariatów. W końcu - Lucasowi się udało.