Jestem sługą Literatury


Materiał pochodzi z książki:
Trzask Prask, wywiady z Mistrzami polskiego (i nie tylko) komiksu.
Autor: Bartosz Kurc
Wydawnictwo BAJKA, 2004
Materiał został zamieszczony za zgodą autora.

Maciej Parowski
Jestem sługą Literatury

(fragmenty wywiadu dotyczące Funky'ego, str. 95-105)

...

Adamowi Hollankowi redaktorowi naczelnemu "Fantastyki" Polcha polecił Jerzy Skarżyński. Jak z Jackiem Rodkiem zostaliście scenarzystami?

Rodek Chodził do redakcji we wrześniu 1982 z konspektem na jednej wygniecionej kartce i pomysłem (swoim oraz Wiktora Żwikiewicza) na bohatera, kosmicznego detektywa, który miał się nazywać Punky Rock. Coś słyszałem o Polchu, ale nie skojarzyłem, że w Chłopcu do bicia pisałem dobrze o jego Spotkaniu; on to pamiętał, miał w domu wycinki z Ekranu. I zrazu zapomniałem, że Boguś jest autorem Lądowania w Andach, które oglądałem w listopadzie 1981 roku w Paryżu. Jacek miał pomysły, ni eumiał pisać, więc zaproponował współpracę. Przyjechał do mnie i razem skonstruowaliśmy odcinek Licencji. Parę dni później Polch zaprosił nas i pokazał dwie pierwsze plansze już gotowe, w ołówku. Zobaczyć swój świat narysowany - coś niesamowitego! Ekstaza. Nigdy mi tak nie smakowały tusze, czy ołówkowe szkice. Komiks wydobywa z nas dzikie fabuły, uskrzydla, jest poręczniejszy w pisaniu. Nie więzi nas w rzeczywistości. Plansza rozkwita wydarzeniami, treścią, alegoriami. Polch zaraz na początku powiedział, żeby wymyślać i pisać rzecz właśnie planszami, a nie ciurkiem - kadrami - bo jako amatrzy tak oddaliśmy mu pierwszy odcinek. Pisaliśmy orientacyjnie na trzy plansze, Boguś wytargował u Hollanka, że muszą byc cztery. To wszystko od początku było wspaniałym doświadczeniem, któregointensywność tylko trochę przeczuwałem podczas komiksowych uniesień w Paryżu. Zjawiało się przeczucie, że także komiks robiony przez nas może zaatakować nowymi jakościami, ideami, buntem.

Funky Koval wyrażał nastroje społeczne, choć robił to w sposób zakamuflowany. Kiedy zaczęliście świadomie nawiązywać do rzeczywistości?

Parokrotnie przyznawałem się już do tego - na początku nie było w nas takiej skomplikowanej opowieści. Pierwsze chwyty wykonywaliśmy dość stereotypowo. Ale gdy ma się współscenarzystę szaleńca oraz rysownika, który ściga się ze swoim kolegą, bo chce zrobić coś poważniejszego i bardziej znaczącego niż Lądowanie w Andach; gdy za oknem trwa pałowanie, gazowanie, praca chłopaków z podziemia i zabijanie księży przez ubeków - choćby bezwiednie zaczyna się mówić rzeczy istotne. To była wspaniała przygoda. Przedstawialiśmy konglomerat różnych cech. Jacek był dużym chłopcem, który wszystko przeczytał. Ja - młodo - stary pan, no 36 - latek (dzisiaj myślę - gówniarz!) z jedną powieścią, ze zbiorem felietonów o kulturze masowej, który dalej pisał, ale głównie krytykę. Polch osiągnął serialem danikenowskim pułap mozliwości, dostępny Polakowi w latach siedemdziesiątych i to on najlepiej wiedział, czego chce - wyrazistego bohatera, przekonującego świata, porządnego komiksu. Chciał przeskoczyć samego siebie i zmusił nas byśmy mu pomogli.

Na ile są prawdziwe opowieści o groźbie zamknięcia pisma za publikację Kovala? Czy byliście wzywani na dywanik naczelnego Fantastyki lub gdzieś indziej?

Nie potwierdzam. Adam Hollanek nam sprzyjał, lubił nas, nie wykonał ani jednego fałszywego kroku, a nawet więcej - dobrze zniósł nasz greps z przekupnymi policjantami jeżdżącymi wozem na jego numerach rejestracyjnych. Czasem się baliśmy, ale nic się nie działo. Była za to afera wiosną 1985 roku z aresztowaniem Rodka i Hollanka za puszczenie na wideo Przesłuchania Bugajskiego na drugim konwencie w Staszowie. Później zdarzały się różne śmieszne sytuacje. W 1989 czy 1990, tuż po upadku PRL - na skrzyżowaniu Marszałkowskiej z Alejami Jerozolimskimi źle się ustawiłem do skrętu w lewo i wyhaczył mnie policjant. Patrzy w dokumenty "Parowski?... Parowski, Rodek, Polch". Oczywiście obeszło się bez mandatu. U lekarza byłem z atakiem podagry - również czytał Kovala, to znaczy starszy brat czytał, bo on jako szczeniak oglądał tylko tylko komiks, miło nam się rozmawiało. A z drugiej strony mieliśmy zabawny kłopot z Andrzejem Niewiadomskim, redaktorem działu publicystyki. Nosił egzemplarze Fantastyki kolegom z Uniwersytetu Warszawskiego, aż oni pewnego dnia dzwonią do redakcji i pytają sekretarza Krzysztofa Szolginię czy Fantastyka drukuje komiks, bo słyszeli, że tak, ale w ich egzemplarzach nic nie ma. Szolignia podpatrzył, że Niewiadomski znika ze świeżym numerem w gabinecie Hollanka, tam wyrywa komiks ze środka pisma i wyrzuca do kosza, by dopiero tak ocenzurowane egzemplarze zawozić kolegom. Po prostu wstydził się tych stron z rysunkami i "dymkami". Taki był stosunek do komiksu uniwersyteckiego humanisty, doktora polonistyki, skądinąd bardzo miłego człowieka, światłego i pomocnego przy wszystkich wątpliwościach literackich. Teraz to się trochę zmieniło.

Kto wpadł na pomysł, by autorzy i redakcja Fantastyki znalazła się w komiksie?

Lech Jęczmyk był nieformalnym liderem grupy fantastów, wydawał Zajdla, Snerga, Oramusa, mnie; ponadto wówczas od ponad dekady bardzo wiele zawdzięczaliśmy mu wszyscy jako tłumaczowi i twórcy kultowej antologii Kroki w nieznane. Leszek był, pozostał do dziś, przystojnym mężczyzną, wysportowanym. Cóż - malarze, reżyserzy, komiksiarze świadczą sobie czasem takie gesty, dają twarze kumpli bohaterom, świętym, nawet bogom. Poproszony przez Jacka i mnie Jęczmyk dał zgodę i zdjęcie, więc pojawił się w komiksie jako Barley (po angielsku "jęczmień"). Postacie z życia wnosiły do komiksu powiew autentyczności - żona Polcha Dana dała twarz Brendzie; zaprzyjaźnieni pisarze, Marek Oramus i Wiktor Żwikiewicz, stali się w Kovalu parą niezależnych dziennikarzy. Wydawało się nam, iż mamy jakąś szczególną powinność wobec Jęczmyka/Barleya dlatego myślę, że powinien być ze swego alter ego zadowolony; na siebie - Pareya i Roddy'ego - tak ostro już nie graliśmy. W finale trzeciej części byliśmy przecież mocno wyczerpani i malowniczo pobici. Ośmieszyliśmy się dobrowolnie i dla dobra sprawy. Czytelników dostrzegających nawet takie niuanse, jak to, że Lilly kocha się w prezydencie, bo na biurku ma jego zdjęcie, były jak wynika z listów co najmniej dziesiątki. Podejmowali każdy trop. Dla takiego odbiorcy warto się starać a nawet zrobić z siebie małpę. Sam Funky był zrazu nieco sztywny, papierowy, jego twarz była jakby niedorobiona. A potem kreska Polcha i my więc także i Funky, bardzo artystycznie i psychologicznie podrośliśmy do wyzwań opowieści i świata za oknem, do obecnych na planszach przyjaciół. Także ta ewolucja, rozwój, dorastanie twórców i bohatera sprawiają, że tworzenie komiksu bywa przyjemniejsze niż jego czytanie.

Nie każdy wie, że oprócz komiksów o Kovalu istnieje jeszcze Twoje opowiadanie Ostatnia przygoda Funky'ego

Zodiakalna afera to był mój samodzielny pomysł na trzeci epizod. Znaki zodiaku to moja obsesja. Jak wyjaśnić ich katastrofalną przemianę? W komiksie to proste. Starczy graficznie pokazać wagę zamienioną w ... gilotynę; nie trzeba słów. Wtedy jeszcze chciałem być pisarzem, pisanie scenariusza komiksu wyglądało na uboczne zajęcie, dlatego pomysł sprzedałem powtórnie w opowiadaniu napisanym w stylu wczesnego Drzewińskiego - taki Niziurski skrzyżowany z MacLeanem - do Przeglądu Technicznego.

Jak dzieliliście się obowiązkami scenarzysty? Odcinki pisaliście wspólnie czy przemiennie?

Polch od siebie dokładał i rzucał nam wyzwania. Mówił, że nie można tracić miejsca na otwarcia, należy ruszyć z dłuższą historią. Jak i o czym opowiadać? Potężne siły, nadludzkie możliwości, powaga i humor, rozgałęzione intrygi i spiski. Drolle dlatego są małe, by mogły sterować ludźmi od wewnątrz, jak w Spotkaniu Polcha według scenariusza Siwanowicza z pierwszego Relaxu. Byłem jakby sekretarzem (pierwszym! - ha ha) tego komiksu. Jacek często demolował tekst i nawet wspólne ustalenia nowymi pomysłami, ale to się czasem przydawało. W Bez oddechu zamieszanie z "Czerwonym alarmem" na DB 4 to pomysł Jacka. Polch wyrzucił nas z pierwszą wersją scenariusza, w którym bohaterowie ganiali się i strzelali po podwodnych korytarzach. Czym różnią się podwodne korytarze od zwykłych? Niczym. Gdy nasi przylecieli na Denebolę, górą lata patrolowiec Stellarów a Funky kładzie rękę na pupie Brendy, to jeszcze nie wiedzieliśmy, co będzie dalej. Zatelefonowałem do Bogusia żeby narysował jakiegoś Indianina i nogę Drolla w krzakach. "Jaki Indianin?" "Nie wiem Boguś. Zestrzelony pilot. Nie wiem. Kosmiczni Robinsonowie, podarty skafander". "A Droll po co?". "Nie wiem Boguś. Niech będzie, zobaczymy co dalej". Polecieliśmy na DB 4 nei mając pojęcia co się zdarzy. Tak samo jak nasi bohaterowie.

A jak było przy trzeciej części?

Wbrew sobie to album najlepiej i najbardziej precyzyjnie przemyślany. Wiedzieliśmy, że ze Strefy Evara wylecą dwie osoby, że na pokładzie flagowca komandora Dupree będzie replika, która ogląda samą siebie, nie rozumiejąc co się dzieje. I że potem ujawni się jej inna tożsamość, że Funky wróci na Ziemię i będzie targany politycznymi wątpliwościami, a potem nagle zobaczymy ich dwu. Najbardziej wykombinowany odcinek. ale coś się zmieniło - co? Rodek, Polch, ja i Polska. Nie mieliśmy jednoczącego mitu. Jedni byli za Mazowieckim, drudzy za Wałęsą. Jedni byli katolewica inni postkomuchy, jeszcze inni solidaruchy, a inni światli roadowcy. Nie było zgody, czy wolność załatwił Polsce Gorbaczow, Reagan czy my sami ją wywalczyliśmy. Wcześniej była zła władza, dobra opozycja i święte podziemie. Funky był Janosikiem, Klossem, ale i Leszkiem Bujakiem. W 1991/92 roku Bujakiem już nie mógł być, gdyż ten przeprosił za Solidarność a Funky za Uniwerss przepraszać nie zamierzał. Struktura Wbrew sobie była adekwatna do tej poplątanej rzeczywistości, dotychczasowi superbohaterowie szarpią się ze sobą i ze światem, wszystko wymyka się im z rąk - właśnie dlatego odbierano komiks bez radości. Czasem twierdzono wręcz, że jest nieudany, niespójny - ale to nie był efekt tajemnego porozumienia naszych ustosunkowanych wrogów, którzy narzucili swą opinię reszcie czytelników. Weszła do tego komiksu gorycz, rozczarowanie, złość na siebie samych, myśmy się wtedy również nawzajem mniej lubili niz kiedykolwiek przedtem lub potem. Atakowano tę pracę więc wyjaśniam przyczyny. To była opowieść o pękaniu więzi, puszczaniu społecznych klei i iluzji. Album Wbrew sobie stał się kroniką rzeczywistości. Ja go lubię, ale przecież nawet mnie boli wątroba kiedy sobie przypomnę jaką to polską kabałę alegoryzowaliśmy.

Koval od razu zyskał sympatię czytelników. To właśnie od komiksu rozpoczynało się lekturę każdego kolejnego numeru Fantastyki. Dlaczego przerwy pomiędzy kolejnymi częściami były tak długie?

Był w nas zrazu emocjonalny spokój, wolny czas, miejsce na tworzenie. Byliśmy kiedyś dużo młodsi i mniej zajęci. Dziś przeczytanie prasy to długa robota. Kiedyś było kilka gazet, wszystkie takie same, właściwie nie oglądało się telewizyjnych dzienników. Teraz doszło video, Internet, kilkadziesiąt kanałów TV no i wariacka praca według kapitalistycznych reguł. Z Jackiem potrafiliśmy dwa, trzy razy ustalać kształt czteroplanszowego odcinka a później i tak poprawiać go za kolejnym posiedzeniem. Polch nie miał nic innego do rysowania. W drugin albumie na okładce chciał narysować twarz Kovala. Nie ufał swoim dalekim planom, które są przecież wspaniałe. Jest też dobry w stanach emocjonalnych. Powiedziałem mu: "Boguś, jaki jest tytuł - Sam przeciw wszystkim. To trzeba pokazać "sama" i "wszystkich". Dopiero wtedy narysował nadlatującego nad miasto Kovala na skuterze; podzielona twarz Kovala przydała się się na okładkę tzreciego albumu. Cały ten komiks był cholernie przeinwestowany. Teraz na tak rozrzutną gospodarkę czasem nie ma szans. Mijamuy się.

Wielu czytelników czeka jeszcze na zakończenie Kovala, choć mają coraz mniejsze nadzieje. Część wolałaby nie oglądać nowych albumów, które mogłyby zepsuć legendę. Przemawiają za tym doświadczenia z nowymi Gwiezdnymi Wojnami, jak i nie najlepsza forma Polcha w szkicu części czwartej. Która grupa ma rację?

Z Jackiem odbyliśmy kilka poważnych i chyba owocnych rozmów o czwartej części. Jesteśmy w podobnym miejscu, jak przed trzecią częścią latem 1990, po zasadniczych ustaleniach, ale przed rozpoczęciem pisania. Mniej więcej wiemy, co będzie, w co gramy. Mamy coś nowego do powiedzenia - ja, Jacek i Bogdan. Nowy Koval nie będzie taki, jak paro planszowy epizod Bez litości dołączony do albumu Egmontu. Trochę muszę usprawiedliwić Polcha. Napisaliśmy różne rzeczy, niedopracowane (to było przed tymi zasadniczymi rozmowami) więc w końcu Boguś rysował z głowy, nie ze scenariusza. Nie pokazał postaci, akcji i emocji. Bawił się w sytuacje i ta dowolność okazała sie zdradziecka. Dopiero w zderzeniu, we współpracy ze scenarzystą Polch daje z siebie wszystko. Narysuje twarz wyrazistą do bólu, kiedy się dowie, bądź precyzyjnie ustali w co gra postać. Ale tego po raz pierwszy od nas nie dostał. Więc to do scenarzystów, nie tylko do rysownika należy kierować pretensje.

Rocznicowe wydanie - na dwudziestolecie powstania - spowodowało znowu ożywienie wokół niegdyś flagowego komiksu Fantastyki. Czemu w edycji Egmontu nie poprawiono poligraficznych błędów, ba, czemu znowu nie otrzymaliśmy porządnego wydania w dużym formacie, z dodatkowymi szkicami, bonusami itd. Czy nie masz wrażenia, że wznowienie jedynie pokazało, iż komiks o Kovalu zestarzał się?

Nie tylko zachowano błędy, porobiono nowe. Parę ślicznych rozkładówek zostało zmarnowanych [poprawiono je w dodruku komiksu-BK]. To był pośpiech. Nikt nie myślał o retuszach. Kiedyś komiks drukowaliśmy w prasie, w wysokonakładowych albumach. Teraz zrobił się dramat. Wydawca i twórcy nie mają środków, sprzedaż w porównaniu do osiągów z lat osiemdziesiątych jest niska. Oczywiście, że komiks się zestarzał, minęło 13 - 22 lata, kiedyś nie było patyny, teraz jest. To czasem poprawia smak, na pewno nie wszystkim.

Czego wydawca Nowej Fantastyki żądał, że Polch zrezygnował z kontraktu i powstanie dalszych części znowu się oddaliło?

Wydawca zażyczył sobie wglądu w scenariusz, możliwość skreśleń już na planszach, autoryzacji. A nam się kluł tytuł albumu Wrogie przejęcie, co na tle zmian w redakcji Nowej Fantastyki brzmiałoby podejrzanie alegorycznie. Jeżeli Jęczmyk wylatuje z redakcji, znaczy, że także Barley w komiksie poddany jest jakimś represjom. Hollanek za którego powstały dwie pierwsze części nie kontrolował scenariusza. Polch miał złe doświadczenia z oddawaniem swojej pracy pod całkowity osąd kogoś innego. Wydawca chciał kontroli, a więc powrotu do czasów, których Polch wolał już nie pamiętać. Poza tym, o czym mówi się mniej, Boguś miał inne napięte czasowo propozycje, myśmy z Jackiem sprężali się dość powoli - zdaje się, że on po prostu skorzystał trochę z pretekstu.

Kovala się zna, cytuje. Nawiązuje do niego i... parodiuje. Jak oceniasz parodię Franky Krova Adlera i Piątkowskiego?

Żadnego żalu nie mam. Podobna Adler i Piątkowski złożyli nam swoją robotą jakiś hołd, tyle że sposób, w jaki grają z nami jest jednak zbyt mechaniczny. Sięgają po nasze plansze i zmieniają "dymki", przedrzeźniają je. Nie biorą się za bary z Kovalem tylko tańczą. To, co Sapkowski zrobił baśniom - to jak je trawersował, przedrzeźniał, odwracał - jest bardziej wyrafinowane. We Frankym Krovie nie dostrzegam drugiego dna. Nie wchodzę w wymiar nowej opowieści. Znajduję jedynie sentymenty, refleksy, repliki. W kinie są ograniczenia, chociażby budżetu, aktorzy, koszty trików. W amatorskiej parodii Matrixa - Szmatriksie bohater staje między blokami. I w tym momencie zjawia się laleczka, którą bierze się w palce, symuluje skok nad dachami i... po chwili znów mamy aktora. Obchodzi się w ten sposób niemożność, drwi z niej, żartuje z konwencji. Robi się zabawa, w której parodysta dokłada coś od siebie. A w komiksie nie ma przecież bariery - komiks bogaty, komiks biedny... mimo to nie znajduję we Frankym momentu, w którym autorzy mówią - moglibyśmy opowiedzieć dokładnie jak wy, ale z waszą pomocą pójdziemy w rejony w których naprawdę odlecicie, ale na naszych prawach. Tego, zapewne w wyniku mojej małostkowości, nie zaznałem, choć pamiętam, że Piątkowski mówił na konwencie w Łodzi o rysunki i Bogusiowej metodzie operowania/prowokowania detalem życzliwe, i przytomne merytorycznie rzeczy. Dowiedziałem się z Frankiego Krovy jak istotny był to komiks dla innych, ale chyba nic więcej. Dużo bardziej podobali mi się chłopcy kiedy byli sobą w innych albumach, choćby w 48 stronach. Trudno z kolei, żebym sam parodiował Funky'ego.

Przecież spotkał Ratmana i cybernetycznych ministrów europejskich.

Właściwie tak, ale to Tomek Niewiadomski dopisał Kovala do mojego pomysłu, w którym najważniejszy był trik z cybernetycznymi ministrami, których ci białkowi pragną wysypać na tory. Wymyśliłem jeszcze kiedyś scenkę z Funkym, która ostatecznie po modyfikacjach znalazła się w Narodzie wybranym. Droll miał podglądać Kovala i Brendę w sytuacji intymnej. Funky dopada do drzwi, niechcący rozwala nos Drollowi i pyta: "A propos jak wy to robicie?" Na to Droll: "Powiedziałbym ci Funky, ale..." "Ale co?" "Ale się wstydzę".

...